Jak nauczyć się czułości? Czym właściwie jest czułość do siebie? A może to kolejne superfoodsowe określenie naszych czasów?
A co, gdy w czułość nie potrafimy?
Zauważyłam, że temat czułość do siebie wywołuje różne reakcje. W wielu przypadkach jest to pewnego rodzaju zmieszanie, niezrozumienie, lekkie zawstydzenie, albo machnięcie ręką. Jak jest u Ciebie? Słyszysz bądź dla siebie czuła/y i…
Może sprawdzisz?
Co znajdziesz w tym artykule:
Czułość, czyli właściwie, o czym opowiada to uczucie
Gdy wrzuciłam w wyszukiwarkę słowo czułość pojawiło się wiele różnych rekordów. Pierwsza zwróciła moją uwagę definicja ze Słownika języka polskiego PWN, a dokładnie jedno wyjaśnienie:
czuły: odnoszący się do kogoś z tkliwą miłością, serdecznością; też: będący wyrazem takich uczuć.
Miłość i serce jest dobrze – pomyślałam. Ale wyrażenie tkliwa miłość wywołało nieprzyjemny ścisk w brzuchu – zdałam sobie sprawę, że w moim świecie słowo tkliwy nie miało pozytywnego znaczenia. Od razu przyszło mi na myśl zasłyszane powiedzenia: nie roztkliwiaj się, czy tkliwość serca – oba używane, aby określić uczucia, które są „za bardzo” i nie na miejscu (swoją drogą, była to dla mnie bardzo ciekawa obserwacja).
Wróciłam na stronę z wynikami wyszukiwania, znalazłam tam też film, a w sumie dwa (zapisane do obejrzenia:)), utwór Micromusic, książkę – Czułość. Poradnik pozytywnego egoizmu, choć oryginalny tytuł tej książki brzmi „A manual for being human”.
A nawet stronę internetową z odzieżą medyczną, klinikę urody i kilka innych wyjaśnień tego słowa (jedno z dziedziny językoznawstwa odwoływało się do fragmentu wykładu Olgi Tokarczuk na ten temat czułości).
Wszystkie zawierały w sobie słowo czułość, każdy opowiadał o czułości w inny sposób, ale żaden poza książką, jak sądzę (o czym w niej przeczytasz ciekawie napisała Kasia Błażejewska-Stuhr), nie opisywał czułość jako uczucia, zachowania, emocji, które kierujemy do siebie.

Jak to jest z naszą czułością do nas samych?
Na pierwszej stronie wyszukiwań nie znalazłam nic na ten temat, choć przyznam się, że spodziewałam się wyświetleń właśnie w tym kierunku – przecież tak wiele teraz wokoło na temat bycia dla siebie czułym.
Czy jest to tak oczywiste, że nawet internety o tym nie piszą, czy raczej wywołuje to lekkie zawstydzenie, czy w lżejszym wariancie powędrowanie do góry brwi w zadziwieniu.
Z mojego doświadczenia wynika, że jednak to drugie.
Więc o co chodzi w czułości?
Chyba o to, że nie potrafimy w czułość do siebie.
- Nie potrafimy patrzeć na swoją fizyczność z czułością (nie definiując ciała w tym momencie przez aspekt seksualny).
- Nie potrafimy patrzeć na swoje myśli, szczególnie te niewspierające, albo te od czapy z czułością.
- Nie potrafimy spotkać się w czułości z tym, co w nas żywe, z emocjami i stanami, w jakich akurat jesteśmy.
- Nie potrafimy spojrzeć na naszą przeszłość z czułością.
Jak to jest, że nie po drodze nam z czułością do nas samych?
Czy może mogło być tak, że jej przejawy były przez otaczających nas ludzi torpedowane, czasem wyśmiewane? Że w większości przypadków nikt nie mówił, nie pokazywał nam jak być czułym wobec siebie. A jeśli doświadczaliśmy czułości to była z zewnątrz lub uczono nas, aby okazywać ją innym. A jeśli wyrastaliśmy w przekazie, że czułość to słabość, a słabość to powód do wstydu, że czułość wobec siebie samych generuje zagrożenie?
Co umiemy zatem?
Okazywać czułość innym, szczególnie tym bezbronnym – dzieci, szczeniaczki, kocięta, każda istota na etapie bycia dzieckiem chwyta nas za serce i zalewamy się i ją czułością. Rozczulają nas nawet zachowania i emocje obcych nam ludzi – na ekranie, w książce, na ulicy.
Potrafimy być czuli, gdy innym dzieje się krzywda, gdy potrzebują wsparcia. Potrafimy wysłuchać i wspierać z czułością siostrę, brata, przyjaciółkę, przyjaciela, rodziców. Jesteśmy przy nich, jesteśmy gotowi.
Czyli jak to jest – na zewnątrz tak, do środka nie?
Owszem. Ale spieszę z wyjaśnieniem, że tak mamy i to nie podlega żadnej ocenie, bo nie o to chodzi w tym wpisie.
Pytaniem natomiast jest, co by się mogło wydarzyć, gdyby tą miękkością, wrażliwością, delikatnością, umiejętnością wysłuchania bez oceny i przyjęcia subiektywnej rzeczywistości danej chwili obdarzyć siebie.

Wyobraź sobie, że…
…patrzysz na siebie w lustrze i nie widzisz niedoskonałości, które zauważasz zawsze, ale dostrzegasz miękkość skóry, delikatne zgłębienia, jej blask. Czujesz się w niej bezpiecznie, na miejscu, jak w domu.
Przyglądasz się sobie, może uśmiechasz się lekko zawstydzona/y, niepewna/y, ale przyjemność zaczyna Ci sprawiać po prostu bycie bez oceny, za to na ścieżkach historii zapisanej w Twoim ciele. Może to ślady, które zostawił po sobie ważny czas w Twoim życiu, które niosą niezwykłą historię, a której intensywność gubisz w codzienności. A może to coś, co jest tylko Twoje, intymne, coś, co pozwala na powrót do napełniających Cię szczęściem chwil.
A może to smutne ślady, opowiadające o bólu i cierpieniu. A może nowe otwarcie…
Jakim przyjacielem dla siebie teraz będziesz?
Jak podjedziesz do najważniejszej osoby (!) w Twoim życiu?
Wyobraź sobie, że…
…nie oceniasz swoich myśli, nie ulegasz im, nie odpalasz się w schematy dowalania sobie i wbijania się w poczucie bycia niewystarczającą/ym. Obserwujesz, pozwalasz im płynąć. Patrzysz, jak jedna pociąga drugą i kolejną. Zapisujesz co lepsze, aby móc się im przyjrzeć.
Skąd one są? Kto mówi w Twojej głowie, czyje to słowa? To serio prawda?
A może one są po to, byś mógł/mogła nic nie zmieniać, byś tkwił/a w schematach, które już nie spełniają swojej funkcji, które się przedawniły, już Ci nie służą.
Jaką nową myślą, możesz je zastąpić?
Co się stanie, gdy powiesz sobie: Ok, słyszę te słowa w swojej głowie, ale one nie są o mnie, nie definiują mnie. Mogę puścić je wolno.
Wyobraź sobie, że…
…Twoja przeszłość jest ok. Nie robisz sobie wyrzutów z powodu decyzji, które podjąłeś/aś a, albo tych, których nie zdołałeś/aś. Nie rozpamiętujesz zdarzeń snując wizję innych zakończeń, nie wyrzucasz sobie głupoty, uległości, braku wiedzy i doświadczenia. Nie pali Cię wstyd, nie burzy się w Tobie krew, lub nie zalewasz się łzami.
Ciężko? Rozumiem. Spotkanie się z przeszłymi, szczególnie tymi trudnymi zdarzeniami wydaje się wręcz niemożliwe bez oceny, ale to nie o jej brak tu chodzi. A o to byś był/a dla siebie w tej wracającej po czasie historii czuły/a. Poczuł/a, że na tamtą chwilę nie potrafiłaś inaczej, takie miałaś zasoby, tak zrobiłaś, powiedziałaś to i to itd. Koniec, kropka.
I trochę na chłodno zadał/a sobie pytania, co teraz mogę zrobić inaczej i czy faktycznie mogę. Czy zrobiłabym/zrobiłbym to inaczej, zachował/a się w inny sposób czy to tylko takie mrzonki…?

Wyobraź sobie, że…
…patrzysz na siebie, na swój emocjonalny świat, to wszystko, co wewnątrz, to wszystko, co wypływa do świata zewnętrznego z czułością. Odpuszczasz spinanie pośladków, ale nie odpalasz się na biegun posiadania wszystkiego gdzieś, po prostu pozwalasz sobie doświadczać tego, co w Tobie, tego, co przychodzi.
Nazywasz emocje i stany: Zauważam, że to złość, że to smutek. To jest frustracja, to jest wzruszenie.
I pozwalasz sobie pobyć w tych uczuciach. Opiekujesz się sobą w smutku i radości jak najdroższą Ci osobą. Bez oceny, wyrzutów, poszukiwania odpowiednich chwil, czy kontroli.
Jak dzieckiem, czy niesfornym szczenięciem, które tak Cię rozczula…
Wyobraź sobie, że…
…rozczulasz sam/a siebie… i sobie na to pozwalasz.

